Opowieść o miłości. 10 lat temu odeszła Kamila Skolimowska

Mieszkanie zaczęło się palić. Mąż poczuł dym, obudził się w ostatniej chwili. To nie mógł być przypadek. Kamila odeszła, ale nad nami czuwała - uważa Teresa Skolimowska. Mija 10 lat od śmierci jej córki, mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem.

Kamila ma radość w oczach, uśmiech jak promień słońca. Ściska chrześnicę w potężnych ramionach. Ich zdjęcie stoi na półce w centrum pokoju. Obok biała świeca, przez ramkę przewieszony drewniany różaniec. I słonie, wszędzie słonie. Czarne, kremowe, większość z porcelany. Trąby w górze. Kolekcja talizmanów.

Kamila patrzy też z drugiej strony. Elegancka fotografia wysoko na ścianie. Uśmiech szeroki, jakby bardziej nieśmiały. W fotelu Robert, ojciec. Potężna postura - w końcu były ciężarowiec, olimpijczyk, wicemistrz świata. Spojrzenie pogodne. On siedzi, ona nad nim. Pilnuje. Czuwa.

- Kamila jest ciągle z nami, mamy ją w świadomości. Czujemy, że się opiekuje i pomaga - mówi Robert. - To są proste rzeczy. Wchodzę do domu i czuję, że nie mam portfela. Wypadł. I teraz zastrzegaj karty, wyrabiaj nowe dokumenty. Tyle pracy! Wracam do samochodu, a on tkwi między fotelem i drzwiami. Mógł wypaść na ulicę, ale się znajduje. I już wiem, że Kamila go przypilnowała.

Czytaj dalej
Twój e-PIT. Haczyk dla wynajmujących mieszkanie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić