MŚ 2018: Znów Brazylia. Analogii z MŚ 2014 jest dużo więcej

Jedni powiedzą: "zorganizowali sobie zawody i je wygrali". Inni, że "spełnili swoje i nasze marzenia". Bo cóż może być piękniejszego od zdobycia mistrzostwa świata we własnej ojczyźnie?

Wiele dyscyplin o czymś takim może tylko pomarzyć. Katowicki Spodek mógł pomieścić tylko 12 tysięcy widzów, a podczas meczu finałowego mistrzostw świata w 2014 roku na pewno w środku było ich dużo więcej. Jak się tam znaleźli? Nie wiemy. Polski kibic jest zdolny do niemałych poświęceń. Przed halą 30, może 40 tysięcy ludzi, którzy choć nie mieli biletu na mecz, chcieli być kilkaset, może kilkadziesiąt metrów od najważniejszego wydarzenia w historii polskiej siatkówki w XXI wieku.

Mistrzostwa ułożyły się tak, że w finale znów (po 2006 roku) przyszło Biało-Czerwonym zmierzyć się z Brazylią. Wtedy też - podobnie jak w tym roku - mówiono, że to "już nie ta wielka drużyna", bez Giby, Dantego, Nalberta i wielu innych. W kadrze byli m.in. Wallace De Souza i Ricardo Lucarelli, dla których był to pierwszy występ na tak ważnych zawodach. Ale gdzie im miało być do tych legend?

Tymczasem Canarinhos wygrali wszystkie mecze w pierwszej i drugiej fazie turnieju. Na otwarcie trzeciej przegrali z... reprezentacją Polski. Później jednak wyrzucili z czwórki Rosję, a w półfinale toczyli zacięty pięciosetowy bój z Francją. Polacy po thrillerach w Łodzi w drugiej oraz trzeciej rundzie przystąpili do półfinału z drużyną Niemiec prowadzoną przez... Vitala Heynena. Wygrali w czterech setach i już w kraju rozpoczęło się wielkie święto.

Czytaj dalej
Zdjęcie Tuska podbiło sieć. Premier zrobił furorę
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić